Droga wielkich Alp
Wiele przejechanych przeze mnie tras wzbudzało we mnie zachwyt! Ale w mojej ocenie wszystkie one bledną wobec francuskiej Route des Grandes Alpes, czyli tzw. Drogi Wielkich Alp. Żadna z nich nie dorównuje jej ani długością, ani „krętością”, ani wysokością na której jest poprowadzona. Po prostu Droga Wielkich Alp
„w cuglach” deklasuje wszystkie (choć niekiedy wspaniałe!) trasy reszty Europy, jakie dane mi było przejechać.
Pobierz plik z mapą trasy
Poniżej możesz pobrać track całej trasy w pliku .gpx, w celu wgrania tras do GPS
CO TO ZA DROGA..?
Otóż jest to trasa, jaką ze specyficzną dla siebie fantazją na początku XX wieku wytyczyli Francuzi po swojej części Alp. W 1909 roku Touring Club de France rozpoczął tworzenie trasy, która miała za zadanie poprowadzić przez najpiękniejsze alpejskie widoki.
Dzieło zostało sfinalizowane i oficjalnie otwarte w 1937 roku. Od tamtej pory droga stała się jednym z najpopularniejszych szlaków turystycznych Europy. To na niej (lub jej fragmentach) organizowane są liczne wyścigi: Tur de France, Paryż – Nicea, czy Rajd Monte Carlo. Nakręcono tu całe masy ujęć do różnych filmów. Napisano wiele książek (polecam choćby świetne Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego).
Niestety mam wrażenie, że w Polsce nie jest ona chyba aż tak znana. Jest kilka relacji motocyklowych z niej, ale to nic z ilością choćby relacji z Rumunii. Nie wiem dlaczego tak jest. Może z tego powodu, że po pierwsze: rozpoczyna się ona dość daleko od nas: 1500 km, a po drugie: my za bardzo uwierzyliśmy Jeremy Clarksonowi, który w jednym ze swych programów piał z zachwytu nad rumuńską Transfogaraską trasą zwąc ją najpiękniejszą drogą Europy…
Myślę, że dziennikarz przesadził… Być może ze względu na odwieczne animozje między Anglikami i Francuzami nie chciał on przyznać, że Francuzi mają coś topowego… W każdym razie Transfogaraska, Transalpina, czy Transursoaia (choć piękne!), to jednak są to bardzo ubogie kuzynki w stosunku do drogi francuskiej…
Start w Thonon–les–Bains
Nie sposób jej tu w całości opisać… Ją trzeba zobaczyć, przejechać, przeżyć! Zaczyna się ona nad Jeziorem Genewskim na północy (lub Jeziorem Leman, jak ktoś woli…) w miejscowości Thonon–les–Bains, a kończy na Lazurowym Wybrzeżu, kilka metrów od Morza Śródziemnego w miejscowości Menton, między granicą z Włochami, a Monako. Zarówno punkt startu, jak i zakończenia mają specjalne oznakowanie, a i cała droga usiana jest brązowymi tabliczkami z napisem: „Route des Gran-des Alpes.”
Zarówno punkt startu, jak i zakończenia trasy mają specjalne oznakowanie…
A jak wygląda w statystykach to „cudo”, skoro nie umywa się do niego żadna z innych europejskich znanych mi tras?
Droga liczy około 720 km!
Dla porównania wspomniana Transfogaraska ma około 150 km…
Droga Wielkich Alp wznosi się ona i opada pokonując od 17 do 20 – kilku przełęczy (w zależności od tego jaki wariant się pokonuje). Ilość zakrętów, jakie posiada…? Hmm… W zasadzie to dwa: w prawo i w lewo. Z tym, że powtarzają się one pewnie kilka tysięcy razy… 🙂
Oczywiście, oprócz kolorów można było zeń podziwiać zarówno najwyższy alpejski szczyt Mont Blanc (widziany kilka razy), jak i mnóstwo znanych i mniej znanych 2, 3 i 4 tysięczników… Do tego cała masa różnych wąwozów, dolin, jarów, przepaści i kanionów.
Generalnie droga wiedzie przez najwyższe góry Europy (jeśli uznamy, że Kaukaz to nie Europa) i można by powiedzieć: „cóż nadzwyczajnego w tych górach?! Góry, jak to góry – do siebie podobne…” Tymczasem jak ktoś zechce wysilić wzrok, to na pewno zauważy tu jak bardzo góry różnią się od gór! Naprawdę! Zarówno kształtem (o wysokości nie wspomnę) jak i… kolorem! Na tej trasie doliczyłem się 7 różnych kolorów skał!
Czasem droga prowadzona była głęboką doliną, do której słońce dochodziło może przez kilka godzin w ciągu dnia i to kilka dni w roku, a czasem wiodła przez szerokie i wspaniale wyeksponowane płaskowyże. Czasem wiodła przez małe, urokliwe miasteczka, to znów przez tarasy, balkoniki, galeryjki nad przepaściami i niezliczoną ilość tuneli i tunelików. Nie można też nie wspomnieć o wysokościach! Na trasie tej znajdują się trzy spośród pięciu najwyższych alpejskich przełęczy dostępnych dla ruchu samochodowego (właściwie chodzi o to, że są wyasfaltowane)!
Najwyższe przełęcze
Dwie z nich są najwyższe – La Bonette (2802 m.) i Col de L’Izeran (2770 m).
Dopiero po nich jest słynna włoska Passo Stelvio (2758 m) i włosko – francuska: Col de Agnel (2744 m), ale już zaraz za nimi jest Col de Galibier (2645 m) należąca do tej trasy. A więc, można śmiało powiedzieć, z lekkim przymrużeniem oka, że z trzech przełęczy na tej trasie można z góry, i to nie schodząc z siodełka motocykla lub nie wstając z siedzenia samochodu, popatrzeć jak w dole pod nami majaczą małe główki turystów, którzy właśnie wdrapali się na Rysy… Gdyby oczywiście to było możliwe…
Od razu widać, że dojechaliście na La Bonette… Przy samej tablicy informacyjnej zawsze stoi grupa motocyklistów, robiących triumfalne zdjęcie.
Tego miejsca też nie da się nie zauważyć – ogromna tablica wskazująca miejsca, a w pobliżu mała, kamienna kapliczka na tle majestatycznych gór.
Porady techniczne
Nie będzie to jakaś relacja dzień po dniu, lecz kilka uwag, spostrzeżeń, może nawet rad dla tych, którzy chcą się tą drogą przejechać… Po pierwsze: co jest absolutnie najważniejsze w czasie takiej podroży? Nie motocykl, bo można ją pokonać samochodem, rowerem lub nawet pieszo… Najważniejsza i zarazem najmniej zależna od nas jest… pogoda!
Nie ma się co oszukiwać: jeśli nie trafi się na ładną, słoneczną pogodę, to cały wyjazd praktycznie traci 99% swej atrakcyjności. Można trasę pokonać w deszczu lub chmurach, ale będzie to „droga przez mękę”… Chyba taka „na zaliczenie”. A więc trzeba modlić się o dobrą pogodę!
Jeśli trafi wam się deszcz to chyba lepiej zjechać na autostradę i pojechać nią plażować na Lazurowe Wybrzeże… Tam z reguły jest słonecznie… My mieliśmy szczęście, gdyż na 4 dni pokonywania samej trasy tylko jeden mieliśmy pod chmurką i z niewielkimi opadami. Oczywiście nie ma sensu jechać tam w innych miesiącach niż czerwiec – wrzesień… Po prostu można trafić na zamknięte jeszcze z powodu zalegającego śniegu przełęcze. Nasz wyjazd odbył się w pierwszych dniach września i był to dobry czas, bo ruch turystyczny był już mały, nie było „gęsto od ludzi”, a i ceny noclegów znacznie niższe! Bez problemu dało się znaleźć przy trasie noclegi do 150–170 zł od osoby za noc (nie wiem jak to wyglądało na kempingach, ale raczej we wrześniu bym odradzał namiot, gdyż w nocy temperatury spadały już poniżej 10 stopni).
***
Trasę można pokonać z dwóch stron: z północy na południe lub odwrotnie.
W mojej ocenie (i tak my ją pokonaliśmy) lepiej jechać z północy na południe, a potem wracać już np. przez Włochy i Austrię do Polski. Dlaczego? Bo dojazd do początku trasy przez Niemcy zajmie dwa dni (z Krakowa to 1500 km autostradami przez Niemcy i Szwajcarię, omijając Czechy), a więc jazda jeszcze tak bardzo nas nie „zmęczy” i będziemy z większym wigorem mogli rozpocząć zdobywanie kolejnych przełęczy. Do tego po przejechaniu trasy można wypocząć nad morzem przed drogą powrotną. Odradzał bym np. pokonywanie trasy jako drogi powrotnej z Prowansji lub z Hiszpanii.
Po prostu lepiej ją zacząć „na świeżo”, bo jest ona sama w sobie dość męcząca. Generalnie lepiej tę trasę przejechać dla niej samej, a nie robić jej jako dodatku do innego wyjazdu.
***
Na co jeszcze chciałbym zwrócić uwagę?
Otóż trasa nie jest dla każdego! Jeśli masz lęk wysokości lub lęk ekspozycji, to raczej sobie odpuść. A przynajmniej niektóre jej fragmenty… Ja nie jestem lękliwy, ale były takie fragmenty, gdy po prostu się bałem! Gdy jedziesz dość wąską czasami (choć na całej długości wyasfaltowaną) drogą i masz się minąć z samochodem, a po prawej stronie masz przepaść lub kanion na 500 czy 700 metrów w dół, od którego nie odgradza cię nic albo jakiś symboliczny murek na 20 cm, to serce bije mocniej…
A takich miejsc na tej trasie jest naprawdę co niemiara!
Stąd też i tabliczek wspominających tych, którzy w danym miejscu zakończyli bieg swego życia jest dość sporo… Dlatego strachliwym – odradzam.
Odradzam także wariatom, którzy chcą tam „poświrować na winklach”. Chyba, że też marzy im się mieć tam taką tabliczkę… Warto dodać jeszcze jedno: choć trasa zasadniczo poprowadzona jest jedną drogą, to można z niej zbaczać na dodatkowe przełęcze lub wybierać jakieś alternatywne boczne dróżki. Wtedy z 720 km może się zrobić dużo, dużo więcej! Nam się zrobiło 1054 km! Ale to już dla „koneserów”.
CZAS podróży
Wydaje mi się, że optymalnie licząc cały wyjazd można zaplanować na ok. 9-10 dni, z czego 4 dni na samą tylko Drogę Wielkich Alp, czyli na ok. 720 km. To takie minimum. Natomiast, na dojazd i powrót trzeba liczyć około 5 dni.
Oczywiście, można to przejechać „na wariata”, ale wtedy trudno choć trochę nacieszyć się widokami… Nawet samo robienie zdjęć świstakom pochłania sporo czasu… Dodatkowo po drodze jest sporo atrakcji do zwiedzania „na nogach” (np. muzeum wyścigu kolarskiego Tour de France, którego etap chyba zawsze przebiega przez jakąś część tej drogi, albo muzeum Opinela – czyli scyzoryka.
Nie wspomnę o innych atrakcjach, jak choćby twierdze, zamki czy kościółki po drodze, albo wytwórnie lokalnego sera…). To wszystko pochłonie dodatkowy czas, dlatego sądzę, że jeśli ktoś nie planuje już tam wrócić, a tylko raz chce przejechać tą drogą, to warto poświęcić jej dwa tygodnie i niemal spacerowo „zaliczyć” nie tylko samą trasę, ale i wszystkie atrakcje przy niej.
Przebiegu trasy nie będę szczegółowo opisywał, jak również wszystkich atrakcji po drodze. Jest wiele stron internetowych, które oferują pliki GPX do nawigacji z trackami, a nawet przewodniki po samej trasie.
Również naszą trasę można pobrać tutaj.
POROZMAWIAJMY O WYDATKACH…
I na koniec nieco o… pieniądzach! Ile kosztuje przejazd trasą? Otóż uwaga – i piszę to „na pohybel” Austriakom – nic!
Przejazd trasą jest ZA DARMO!
Co nie jest takie oczywiste w Alpach, gdyż właśnie u wspomnianych Austriaków niemal wszystkie najbardziej atrakcyjne trasy są „obramkowane” i słono płatne! np. na Großglockner–Hochalpenstraße trzeba wydać około 25 euro, a na Silvretta – Hochalpenstraße coś koło 15 euro, na Timmelsjoch – 18 euro! Nie wspomnę już o jakże często dodatkowo płatnych w Austrii niektórych tunelach. U Francuzów to niespotykane (może z wyjątkiem tych wielkich tuneli granicznych z Włochami. Nawiasem mówiąc 1 września 2025 zamknięto tunel pod Mont Blanckiem)!
Co więcej, przy tej trasie zdarzają się campingi, na których można rozbić namiot i przenocować za darmo. Oczywiście bez zaplecza sanitarnego, ale „na legalu”. Ponadto – i to też jest dużą wartością dodaną – przy całej Route des Grandes Alpes jest niezliczona ilość ławeczek i miejsc na spokojne spożycie posiłku w plenerze, w towarzystwie świstaka.
Cóż więc pozostaje?
Ruszać w drogę
na najpiękniejszą trasę motocyklową w Europie!
Autor: Marek
